Sprawy okołodzieciowe i nie tylko
Darmowe liczniki
sobota, 29 czerwca 2013
Dzień kangura

Czy wydaje Wam się czasami, że największym z Waszych życiowych wrogów jest uśmiechnięta i życzliwa Wam przedszkolna ciocia prowadząca grupę Waszej pociechy? Mi tak. Czasem tą miłą i naprawdę starającą się dziewczynę, którą przecież lubię, mam ochotę zarżnąć i zakopać 5 metrów pod przedszkolną piaskownicą żeby nie wylazła i nie ogłosiła kolejnego dnia: misia, jabłka, gruszki, kaczora Donalda, małej syrenki, dojrzałej wiśni, pajączka przędziorka, kocimiętki, złotych dyndających wisiorków na szyi, pomarańczowo-szkarłatnych bluzeczek a nade wszystko dnia KANGURA! 

Przynajmniej raz na dwa tygodnie znajduję na szafeczce swojego dziecka dyndający list-informację z wytycznymi dotyczącymi barw, tudzież przebrania, które jutro będzie obowiązywało w przedszkolu w związku z obchodami jednego z w/w dni. Każda taka karteczka, jakkolwiek zwiastująca nadchodzącą dobrą zabawę dla mojego dziecka, wkurza mnie i dręczy. Pierwszą myślą jaka przychodzi mi do głowy jest coś na kształt "won mi z tym! Co znowu!!". I chociaż do tej pory marzyłam o zaniku tych karteczek, to jednak po ostatnich wydarzeniach, które miały miejsce w dzień matki, zmieniam zdanie i lojalnie oświadczam tu oto obecnym, że zobowiązuję się każdego dnia odbierając dziecko z przedszkola położyć się plackiem na przedszkolnej podłodze i sprawdzić czy aby przeznaczona dla mnie karteczka-list nie upadła i była zaginęła w oczeredach i gmatwaninie dziecięcych kapci/czapek/plecaczków etc...

A było to tak.

Szykował się w przedszkolu festyn z okazji dnia rodziców. Wiedzieliśmy o tym od dawna. Że dzieci coś przygotowują, że będzie jedzenie i impreza na 7 fajer. Nawet się cieszyłam. W końcu miało mi być dane pierwszy raz w życiu podziwianie występów mojej latorośli. Cieszyłam się. Bardzo. Do czasu.

W dniu festynu rano odebrałam telefon od małża, który zaprowadziwszy dziecię do ochronki raczył zwrócić moją uwagę na brak stroju kangura (!), którym nasze dziecko zamierza być na akademii. Bo oto mamy miłościwie nam panujący dzień AUSTRALII i wszystkie dzieci winne nosić się dziś po kangurzemu. No nie. Róbta co chceta i żeby skały srały to kangur ma być...

Cóż było robić. Po wyartykułowaniu kilku ciepłych słów na "k", "ch" i "g" pod adresem kangurów, misiów koala, kiwi, emu i całej cholernej Australii udałam się do kadrowej po wniosek urlopowy na tzw. "połówkę" na żądanie i pognałam co koń wyskoczy do chałupy. Kangurza jego mać!

Kangura obmyśliłam mniej więcej na wysokości Ursynowa. Będzie prosty. Brązowa bluzka, Uszy na opasce. Ogon z pończochy. Torbę się doszyje. Klasyk. Będzie zbożnie. Nędzny bo nędzny ale lepsze to niż nic.

Na wysokości trasy siekierkowskiej ustaliłam w porozumieniu z sobą samą materiały niezbędne do wykonania kangura, a na wysokości Pragi Północ miałam już te materiały w torbie foliowej na siedzeniu pasażera. Niech żyje Pepco! Niezawodny dawca tanich gadżetów wszelkiej maści.

Kangur powstał w 20 minut, z czego 19 minut trwała produkcja uszu na opasce a pozostała minuta to ogon.

Tutaj jeszcze jest ściernisko:

 ale będzie San Francisco:

  

Wpadłam z tym kangurem do przedszkola w ostatniej chwili wiedziona wizją rychłej "rozpierduchy", którą na pewno urządzi moje dziecko zorientowawszy się, że wszystkie, WSZYSTKIE (!), dzieci odstawione są od stóp do głów w swoje wyfasowane na 4 fajery przez babcie/mamy/ciocie kangury a ona jedna jest w dalszym ciągu li tylko dziewczynką bez najmniejszych oznak kangurowatości.  

Wcisnęłam przedszkolankom torbę z przebraniem i opadłam zemdlona na przedszkolną ławeczkę gratulując sobie finiszu rychło w czas.

Po jakimś czasie rodziców zaproszono do sali. Akademia miała się zacząć. Weszłam i ja spodziewając się, że moje dziecko będzie najnędzniejszym z przedszkolnych kangurów, będzie moim wyrzutem sumienia i skazą na matczynym życiorysie, że wszystkie inne - wypożyczone z teatru - kangury olśnią mnie blaskiem i zgniotą jak nędzną pluskwę, że posłyszę złowrogi chichot mamy "Emilka", która na pewno wykorzysta tą sytuację i wygłosi w moim kierunku swoje sakramentalne "my nie poszliśmy na taką łatwiznę" i będzie mi strasznie głupio a może nawet zapadnę się pod ziemię, jeśli tylko znajdę kawałek ziemi na podorędziu.

Weszłam do sali i patrzę. Przed rodzicami stoją w rządku uśmiechnięte dzieci w akademickich blokach startowych. Wszystkie normalne, choć przeważnie na brązowo. I jeden kangur...

I jak tu się nie wkurzyć?!

Następny dzień "czegoś tam" zamierzam ostentacyjnie olać!

Pozdrawiam!

 

PS. Wakacje?? 

00:00, zatroskanakobieta
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 25 marca 2013
Jak karać?

Kurde. Nie popisałam się. Przylałam małej w tyłek jak wpadła w histerię. No wpadło sobie dziecko w histerię. Taką nie do opanowania. I dostała w tyłek klapa. Nie jestem z siebie dumna. Trzeba będzie dziecko przeprosić. A jeszcze w piątek oglądałam książeczkę poglądową o przemocy i z zaciekawieniem ją czytałam w miejskiej bibliotece zawiesiwszy się nad biblioteczną półką. I jeszcze w piątek kiwałam byłam głową tą moją głupią, że tak, owszem, że dzieci bić nie wolno, że mądra pozycja literacka. Ale ze mnie hipokrytka. Kretynka. Przecież wiem co czuje dziecko które oberwie od matki. Że go matka nie kocha i w zasadzie to już może sobie pójść bo i tak nikt się tu jego losem zbytnio nie przejmuje. Już nawet nie o ten ból chodzi. Ale o zaufanie. I o to żeby dzieciak się matki nie bał.

Pamiętam jak kiedyś oberwałam od swojej mamy sznurem od zapalarki do gazu przez plecy. Kłóciłyśmy się z siostrą o lody. Był do podziału jeden lód czy coś takiego i każda chciała dostać jak najwięcej. Owszem, owszem dałam wtedy porządny popis dziecięcej asertywności ale żeby od razu sznurem przez plecy. Wybór narzędzia kaźni szczerze mówiąc wtedy mnie zaskoczył. Ściera przez plery owszem bywała, kapeć owszem bywał - zostawiał na tyłku takie czerwone ślady w kształcie podeszwy, ale kabla od zapalarki to nie było. Bolało. Bolało jak cholera. Mama wiedziała dobrze, że posunęła się za daleko. Chyba nawet ukorzyła się trochę. Chyba nawet podeszła jakoś i mnie przytuliła potem. Ale słowo "przepraszam" bynajmniej nie padło. Pamiętałabym.

Ojciec nie uderzył mnie nigdy. Może raz krzyknął. Jak nie chciałam schować rajstop do szuflady. Ale ja tego nie pamiętam. Siostra moja pamięta. Ponoć raz tak było. Ojca się nie boję. A mamy tak. Mama nie miała problemu z wymierzaniem kar i krzyczała. Taki miała sposób na utrzymywanie dzieci w ryzach. Podobno dlatego teraz jesteśmy porządnymi ludźmi. Być może. Nie wiem. 

Mój brat dostawał często. Chłopak, wiadomo, różne rzeczy mu do głowy przychodziły. A to podpalił sobie kurtkę i nakłamał matce, że mu ktoś spalił, a to papieroski, a to wódeczka. Lanie było. Jeden raz zapamiętam szczególnie. Zawinił strasznie. Zawinił jak jasna cholera. Był wtedy w 3 klasie technikum, a może czwartej - nie pamiętam. Groziło mu kiblowanie za jedynki z historii. Wymyślił sobie wtedy we wspaniałości swojego umysłu, że mózg wspomagany chemią to mózg elastyczny i przyjmie każdą dawkę wiedzy jaką mu się poda, a zrobi to wszystko w jeden dzień i noc jedną nie przymierzając. Sprawa wyszła na jaw. Kiedy mama się o tym dowiedziała postanowiła tradycyjnie rozwiązać problem siłą. Nawet się nie bronił. Stała nad nim - chłopem 120 kilo żywej wagi - i prała skórzanym pasem przez łeb. I nawet nie było jak stanąć w jego obronie bo, kurde, zasłużył sobie gnój. Może rzeczywiście gdyby nie tamten łomot dziś byłby ćpunem. Nie wiem.      

Nie wiem czy mama miała rację. Jakie są metody karania za winy i co w ogóle ma sens dydaktyczny? Nic nie wiem o smutnych krzesełkach i kątach milczenia. Wiem tylko, że dziś sama nie jestem z siebie dumna. 

08:46, zatroskanakobieta
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 04 marca 2013
Nie lubię cię mamo!

Nie oszukujmy się. Że to wszystko jest tak jak trzeba. Że jeśli codziennie wieczorem mówimy mu jak go kochamy, że się staramy nie być kwoką a wyłącznie mentorem i przewodnikiem, że dbamy o siebie też trochę i swoją karierę żeby się kompletnie nie zapuścić, że wyszukujemy na gogaga imprezy rozrywkowe, że przygotowujemy kapcie i nowy ręczniczek do przedszkola, że prowadzamy za rączkę i podskakujemy na jednej nodze, że na baranach nosimy choć kark nam odpada i siadają stawy, że te saneczki skórą barana wyściełane i usteczka wazelinką, że po nocy przykryć kołderką się lata 540 razy, że spędza godziny na dostępie online do sali przedszkolnej, że serki tylko ulubione i tą samą książeczkę codziennie po stokroć i rajstopki naprowadza bo krzywy szew, metki z majtek wypruwa bo upijają, buciki krzywe zapina prosto, nie wychodzi z kiosku bez "nakiejki" z heloł kiti, zapycha z chustką i "dmuchaj", "dmuchaj bo na uszy pójdzie", wyjaśnia znaki i łamie chleb...

Że to wszystko uchroni przed "Nie lubię Cię mamo!" w wieku 18-19-21 lat. Wiem, że to mnie pewnie zaboli. Pewnie moją mamę też musiało boleć jak jej któregoś dnia powiedziałam, że inni to mają łatwiej bo mają wykształconych rodziców na stanowiskach. Ciekawe co powie mi moja córka za 16 lat. Bo powie. Na pewno. I co ja wtedy zrobię? Pewno to samo, odpowiem jej, że i tak ją strasznie kocham.

Miłość matki jest chyba bezwarunkowa i jednokierunkowa. Dziecko chyba nie ma takiego imperatywu nie?

Oglądam Mildred Pierce. Stąd te przemyślenia.

Mildred Pierce Stills - kate-winslet Photo  

fot. zaczerpnięta z http://www.fanpop.com/clubs/kate-winslet/images/20371945/title/kate-winslet-mildred-pierce-premiere-2103-2011-photo 

07:42, zatroskanakobieta
Link Komentarze (7) »
wtorek, 26 lutego 2013
Czarna DUPA

Jestem przygnieciona nagłym atakiem czarnej dziury. A może czarnej dupy? Tak to zdecydowanie to drugie.

Ja nie wiem co jest z tym tak zwanym przedwiośniem. To jest gorsze od szarugi jesiennej. Ten marazm, ten szary kolor, ta woda okapująca z dachu, te psie gówna sterczące jak stalagmity ze stert śniegu, ta brzydota, ta wilgoć, te kałuże i brudna w nich woda, te wiecznie brudne białe rękawiczki i spodnie od kombinezonu, te zasikane majtki i bunt przed zakładaniem spodenek, te "nie, nie, nie" na wszystkie propozycje i prośby świata, to zaleganie na fotelu, który też jest brudny, ten upierdzielony zupkami, kupkami, śniadankami i deserkami dywan w dużym pokoju, te zalegające sterty zabawek, którymi nikt się nie bawi, ta wieczna paplanina, mamałyga, breja, rozwleczone swetry, butwiejące ściery, gnijące gąbki, pleśniejący chleb i mata w wannie, zachodzące brudem okna i obryzgane kafle koło kibla, ta wkurwiająca - specjalnie przecież mała - umywaleczka, w której nie sposób dobrze przemyć nocnik, to podciąganie i opuszczanie rajstopek, te krosty na tyłku od chuj wie czego, ten wiecznie nie wiadomy pomysł na obiad, ten fotelik rowerowy na szafie i te - zupełnie od czapy - rowery w przedpokoju, zgnilizna, szarzyzna i flaki wyrywane na żywca.  

Nic mi nie pomaga. Kawa nie pomaga. Gdyby dało się komuś wpierdolić od tak i bez konsekwencji to bym to zrobiła. Dziecko zadziwiająco zdrowe już 3 tydzień a ja chora. Z rotawirusem już zbijamy piątkę regularnie co dwa tygodnie. A ja przecież nigdy nie rzygałam. No nawet w ciąży nie rzygałam ani razu. Co za ścierwo drenujące z przyzwoitości!

Wstaję w nocy i latam między swoim łóżkiem nr 1 w sypialni a łóżkiem nr 2 w pokoju dziecka. Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek. Każdego przytul, każdego pogładź, każdemu oddaj co mu się należy.

A ja?! A mnie kto przytuli do jasnej cholery! I jeszcze ta poczta. Jak można sobie skasować kilka lat swojej ciężkiej pracy. No jak?! To dobiło mnie już do końca. Ten cholerny komunikat, że wszystkie moje maile, cały dorobek i bussiness w pizdu! Szala się przelała.

Przeklęłam? A tak, przeklinam. Czasem. Za często w sumie...  

Biorę się za sprzątanie.

Kolejne wpisy powinny być lepsze.

 

 

14:11, zatroskanakobieta
Link Komentarze (5) »
środa, 20 lutego 2013
Dlaczego?

- Chodź no tu do mamusi.

- dlaczego?

- mam coś dla ciebie.

- dlaczego?

- bo kupiłam ci nową bluzeczkę.

- dlaczego?

- bo wyrosłaś ze swoich.

- dlaczego?

- bo dzieci rosną.

- dlaczego?

- bo takie są prawa natury. Dzieci rosną a dorośli starzeją się. My z tatusiem to już się starzejemy, a ty jeszcze rośniesz.

- dlaczego?

- tak wymyślił to nasz stwórca.

- dlaczego?

- bo miał taką inwencję.

- dlaczego?

- nie wiem.

- dlaczego?

- bo mama nie wszystko wie.

- dlaczego?

- bo mama nie jest wszechwiedząca. Ale wie, że jesteś mamusi najpiękniejszą córeczką.

- dlaczego?

- bo wiem i już.

- dlaczego?

- a sprzątnęłaś już to domino z podłogi?!!

- nie.

- to sprzątaj!

- dlaczego?

Noż kurde!

 

07:23, zatroskanakobieta
Link Komentarze (5) »
środa, 30 stycznia 2013
Narciochy

Kiedy szłam na stok z nartami na ramieniu głośno informowałam samą siebie, że to co się właśnie dzieje jest PRAWDĄ! Od 4 lat nie miałam na nogach nart. A teraz człapię w narciarskich butach w kierunku orczyka. Życie wydało mi się jakby piękniejsze. Wyczekane, wytęsknione, wymarzone, odkładane latami, upragione NARTY! Nie dzwoń do mnie przez 2,5 godziny - informuję męża - to niezbędne minimum żebym mogła poczuć, że jeździłam.

Podchodzę do okienka żeby zakupić karnet. Tak proszę pani - poproszę godzinny. Mała śpi, pewnie pośpi jakieś 2 godziny, jak mi się ten skończy to najwyżej kupię drugi. A jak mąż mimo zakazu zadzwoni, że coś tam to najwyżej jeszcze później pojeżdżę. Tak ten godzinny poproszę.

Zakładam narty i zaczynam się trząść bo co jeśli już nie pamiętam jak się wsiada na orczyk?? A przecież jeszcze dziś mi się śni po nocach tamten moment kiedy to zadyndałam na orczyku jak nieprzymierzając Miś Puchatek z balonikiem nad ulem...No może jakoś będzie. Ustawiam się w kolejkę i ziuuuu do góry. I na dół, i do góry, i naaaaaaa dóóóółłł, i do góóóóry, i na ddddóóółłłł!!! Pamiętam. 

Jeżdżę sama bo przecież tata siedzi z małą. Ani do kogo gęby otworzyć ani się pośmiać i iść na grzańca. Godzina mija szybko. Tata nie dzwoni. Mógłby zadzwonić. No ale przecież zabroniłam. Mała pewnie jeszcze śpi, ale może zobaczę co robią... Odpinam narty i szuram buciorami żeby śnieg odpadł. Już mi wystarczy. Wcale mi się nie chce jeździć. Gdyby mała była to co innego. Może za rok. Staję pod stokiem i gapię się na ojca, który uczy swojego szkraba balansować i władać "pługiem". Genialnie! Ciekawe jak będą podjeżdżać. Acha, tak to się robi. Muszę zapamiętać żeby tak samo spróbować kiedyś.

Karnet się skończył. A nic tu po mnie. Zobaczę co robi rodzinka... 

I tak odprawiwszy żądzę już (!) po godzinie, po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że teraz czerpię przyjemność już z zupełnie innych rzeczy niż kiedyś.   

Koniec

12:20, zatroskanakobieta
Link Komentarze (5) »
środa, 16 stycznia 2013
Love is all around

Moje dziecko powiedziało mi samo z siebie, bez podpowiadania, bez pytania, bez namawiania, że mnie kocha! Nagle, niespodziewanie, o 21 z minutami w województwie mazowieckim w Polsce. Konkretnie w swojej sypialni na pięterku leżąc pod kołderką z heloł kiti.

Tak mi było jakby róża, przez otwarte wpadła okno...* tralala, tralalla  

* Wiadomo. Szymborska. Kora. Maanam.  

Zakwitł wreszcie skubaniec! Może też się poczuł bardzo kochany :)

08:46, zatroskanakobieta
Link Komentarze (10) »
czwartek, 03 stycznia 2013
Kumulacja

Ten wpis będzie poważny i kumulacyjny.

Temat 1: Czy mieć drugie dziecko?

Spotkałam się ostatnio z wieloma, bardzo wieloma minami niezadowolenia spowodowanego moim pojedynczym macierzyńswem. Począwszy od własnego ojca, który dopytuje o wnuka przy każdej możliwej okazji, a skończywszy na pani sprzątającej z mojego biura, która szczerze ubolewa nad moim nędznym losem. Dokoła słyszę takie coś: "Jedno dziecko to za mało!". Rozumiem, że wypowiadający się sami chcą mieć więcej niż jedno? Czy jest to ogólnie znana prawda, której ja jednak nie znam? No bo skoro pani się martwi i pan się martwi i jeszcze tamci państwo się martwią o mnie, co to będzie, jak to będzie, i ręce łamią i cmokają i stękają i kręcą głowami to może rzeczywiście jeszcze nie wiem, że muszę? Jedno to za mało owszem - do brydża za mało, do porządnej gry w Fortunę za mało, do drużyny piłkarskiej za mało, do czego za mało? Na razie wydaje mi się, że zero dzieci to za mało...Ale może się mylę? To chyba jakaś potrzeba serca a nie imperatyw. Jeśli już przelatuje mi przez głowę druga ciąża to myślę o główce dziecka, którą można przytulać. A na pewno nie o tym, że dziecko owo ma tu pełnić jakąś, cholera, funkcję dopełniacza. Ma być człowiekiem, które się kocha a nie kompanem dla starszego i podawaczem szklanki na starość.

Temat nr 2: Kto wychowuje dziecko?

Dziecko wychowywane jest przez więcej niż 2 osoby. Rodzice wychowują przede wszystkim. Dziadkowie wychowują zaraz potem. Przedszkole wychowuje w ślad za tymiż. Środowisko otaczające na końcu. Tak mi się wydawało do niedawna. 

Przedziwnym zrządzeniem losu wynikłym z racji długotrwałej choroby Bułka trafiła pod kuratelę osoby, z którą do tej pory nie miała zbyt dużo do czynienia, chociaż osoba ta to bardzo bliska rodzina. Osobnik ów. Płci męskiej. Bezdzietny. Samotny. Z dużą ilością wolnego czasu bo bezrobotny jednakowoż. Nagle ni stąd ni zowąd przejął pałeczkę od babci, która miała się zajmować Bułką i zaczęły się spacerki, zabawy, upinanie włosków po swojemu, uwagi dotyczące psychologii wychowywania, sugerowanie mi błędów wychowawczych, podważanie moich metod, nie stosowanie się do moich próśb żeby nie dawać wszystkiego co dziecko chce bo mi na łeb wlezie z kopytami za chwil kilka itd, itp...Noż cholera jasna. A dziecko lubi wujaszka, no bo jak tu nie lubić skoro tyle czasu jej poświęca itd... I nie wiem jak mam się zachować ukrócić to czy nie ukrócać. W końcu to nie obcy, tylko rodzina. I na pewno chce dobrze. Ale dla kogo dobrze?

Zła jestem...

13:55, zatroskanakobieta
Link Komentarze (8) »
środa, 12 grudnia 2012
Blisko, coraz bliżej...

Pierniki nam się udały. Bułka była dzielna i gniotła do samego końca. Było super fajnie! A zaraz po tym radosnym wydarzeniu obie z Bułką wylądowałyśmy w przychodni rejonowej z grypą żołądkową. Co w sumie nie jest takie najgorsze, bo pierniki przetrwają do choinki. Nawet nie mogę patrzeć w ich stronę a co dopiero je jeść...

A Wasze pierniki mają szansę ujrzeć pierwszą gwiazdkę? 

15:28, zatroskanakobieta
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 26 listopada 2012
Adoda

Choruje? No normalnie, że choruje. Gil z noch aż do pasa i gorączka przez 3 dni? Tak? To normalne. Wywali jej krosty po 3 dniach. No tak, trzeba przeczekać. Jak pójdzie do przedszkola to czy teraz czy za rok. Bez znaczenia. No, tak to wygląda. A co ty się tak denerwujesz? Zbijasz gorączkę jak za wysoka i już. Masz wodę morską? Tak, taką z delfinkiem. No trzeba pryskać do nocha żeby to zeszło wszystko i na uszy nie poszło. A co ty myślałaś? Trzy dni z dzieciakiem siedzisz i już masz dość?! No, nie może oddychać i wyje. No co, no to utrzyj tej cebuli, wyciśnij sok i smaruj w nochu to się powinno poprawić. A co tam będziesz jej jakieś kropelki pchać. Cebulę normalnie. To jeszcze mi przecież babcia taki przepis dwała i wam smarowałam. Oj tam zaraz się wścieknie, wy się nie powciekaliście a wam zawsze smarowałam. Normalnie, tą cebulę. I syrop jej zrób z cebuli. Zasyp cukrem i na malutki ogień żeby soki puściła. No ja w starym domu to na kuchni na blasze kładłam, a ty zrób na małym ogieńku. No co już nie możesz. Przestań.

Fotografia powyżej przedstawia tzw. adody (pol. nagrody). Bułka wyspecjalizowała się w wyżebrywaniu adod od pediatrów, do których ostatnio chadzamy regularnie. Powyżej widoczny jednorazowy udój. Adoda musi być. A najlepiej od razu 3.  

12:10, zatroskanakobieta
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14